Rozdział V

 Od powrotu z ostatniej misji minęły trzy dni, w trakcie których wieści po Kwaterze roznosiły się szybciej niż błyskawica. Otrzymałam przez ten czas ogrom gratulacji od przyjaciół, ale też wiele nieprzyjemnych spojrzeń, a nawet liścików z pogróżkami od fanek Nevry. Któraś była nawet na tyle odważna, żeby mi podrzucić torbę z Eliksirem Smrodliwości. Póki były to tylko niegroźne wybryki, postanowiłam nie reagować. Dalej prowadziłam lekcje w schronisku, wypełniałam swoje misje, a nocami odrywałam wampira od papierkowej roboty w kierunku łóżka. Tak mijały nam wolne chwile, przeważnie w łóżku, od czasu do czasu rozprawiając coś o liście gości lub menu. Jedynym zdecydowanym krokiem na przód, było ustalenie daty- dość bliskiej, bo za niecałe pół roku. Znaczyło to tyle, że czasu coraz mniej, a roboty od groma. Dlatego zaplanowaliśmy dzisiejszego wieczora zebrać naszych najbliższych i przygotować przynajmniej zarys listy gości i kosztorys całego przedsięwzięcia. Pozostało mieć tylko nadzieję, że Karenn będzie potrafiła się zachować.
 Chcieliśmy w miarę możliwości połączyć moje ziemskie tradycje z tutejszymi, ale rola matki panny młodej w samej ceremonii okazała się być największą przeszkodą. Miałam prawdziwe szczęście, że przy moim boku była Twylda, bo nikogo innego nie wyobrażałam sobie w roli "honorowej" opiekunki. Razem co tydzień zapalałyśmy świecę dla Merego i moich rodziców na grobie chłopca. To właśnie jego śmierć bardzo nas do siebie zbliżyła. Twylda nie narzucała się z zastępowaniem mi matki, to wyszło jakoś naturalnie. Po wielu miesiącach wzajemnego wsparcia i wielu rozmowach o naszych bliskich, same stałyśmy się sobie bliskie. Dużo opowiadała mi o swoim mężu i wczesnych latach życia jej syna, a w zamian ja raczyłam ją opowieściami o mojej ludzkiej rodzinie. Z każdego wyjazdu starałam się przywieźć jej jakiś upominek, który by ją chociaż trochę ucieszył, lecz nic nie mogło się równać z chwilą, gdy poprosiłam ją o podjęcie się tej ważnej roli. Pierwszy raz, odkąd straciła syna, widziałam u niej łzy szczęścia i promienny uśmiech.

 Przed umówioną godziną, obie wybrałyśmy się na targ, żeby zorientować się w wyborze sukien ślubnych i kilku rzeczy, których potrzebuje panna młoda. Oprócz ziemskiej zasady "coś starego, coś nowego, coś pożyczonego, coś niebieskiego", chciałam się dostosować do tutejszej zasady "coś z plemienia oblubieńca i coś z plemienia oblubienicy". Ciężko mi będzie coś takiego znaleźć na targu, ale być może uda mi się chociaż otrzeć się o pomysł, skąd mam wziąć coś, co należy do mojej rodziny. Na próżno, nie udało nam się zdążyć dobrze rozejrzeć, a już musiałyśmy biec do stołówki, żeby się nie spóźnić. Udało nam się wejść tam w chwili, gdy Karuto podał mojemu narzeczonemu i jego siostrzyczce napoje. Poprosiłyśmy od razu o dzbanek herbaty ziołowej i dwie filiżanki. Nasz szef kuchni wrócił za chwilę z naszym zamówieniem i talerzykiem maślanych ciasteczek Twyldy.
- Prezent dla przyszłych państwa młodych- uśmiechnął się nawet uprzejmie i odszedł. Usiadłam obok Nevry, a kobieta zajęła wolne miejsce naprzeciw mnie. Wyjęłyśmy z toreb notatniki i katalogi, rozpoczynając maraton planowania.

 Piłyśmy trzeci dzbanek herbaty. Nevra sączył swoje wino, a Karenn popijała kolejny sok pomidorowy, jednocześnie prowadząc ze mną dyskusję o kwiatach.
- Nie sądzę, żeby złote róże tu pasowały. To ma być skromne przyjęcie- uparcie powtarzałam, nie zwracając uwagi na argumenty takie jak "to wesele szefa Straży Cienia", "róże są takie piękne o tej porze roku" i "złoty pasuje do wszystkiego". Wróciłam na chwilę do listy gości, pytając o przyszłych teściów.
- Nie przyjadą. Nie ma szans- stwierdził wampir nonszalancko kiwając się na krześle. Dwie podekscytowane dziewczyny siedzące stolik dalej wymieniły szeptem kilka zdań i chichocząc spojrzały na mnie.
- A to dlaczego?- rzuciłam, starając się nie zwracać uwagi na tamte dwie.- Nie bujaj się tak na krześle, bo sobie kły wybijesz.
 Przestał się bawić krzesłem i równie nonszalancko oparł twarz na dłoniach, nachylając się w moją stronę.
- Nasi rodzice źle znieśli moją decyzję o przeniesieniu się tutaj, a decyzję Karenn o przyjechaniu ze mną jeszcze gorzej. Nie odzywają się do nas, a my do nich i nie sądzę, żeby nasz ślub ich jakoś obszedł.
- Szkoda, myślałam, że ich chociaż poznam.
 Moje westchnienie zakończyło ten temat na jakąś godzinę, dopóki młoda wampirzyca nie napomknęła o "czymś" z ich klanu, czego potrzeba mi było do ślubu.
- Ani ja, ani Ty nie myśleliśmy o czymś takim, kiedy się pakowaliśmy- przypomniała bratu. Przez chwilę miałam złudną nadzieję, że może się w końcu pogodziła z naszym związkiem, którą zgasiła równie szybko.- Ja dalej tego nie widzę- dodała.
 Nevra myślał przez chwilę. Nie odzywając się i obracając w ręku kielich z czerwoną cieczą.
- Dobra, napiszę dzisiaj do nich... Ale najpierw, musimy się zająć czymś ważniejszym- powiedział i zrobił niesamowicie długą pauzę, żeby zbudować napięcie.- Gdzie zamieszkamy po ślubie?
 O tym zupełnie nie myślałam. Chyba zbytnio się przyzwyczaiłam do naszego spania w jednym albo drugim pokoju.
- Będziecie musieli się chyba rozejrzeć za czymś... Może uda wam się znaleźć coś przed Festiwalem Kryształu?- podrzuciła Twylda. Oczy Karenn rozszerzyły się w niemym zdziwieniu.
 Festiwal Kryształu jest doroczną imprezą organizowaną w schronisku, aby mieszkańcy mieli okazję trochę się zabawić, wypić i potańczyć. Dzieci organizowały przedstawienie i szykowały kostiumy, a dorośli bawili się do białego rana. Tego dnia mieszkańcy Kwatery dziękowali Wyroczni za opiekę, wychwalając jej imię.
- W sumie to nie najgorszy pomysł, ale wyprowadzka ze schroniska oznaczałaby, że Nevra miałby dalej do Kwatery, a w Kwaterze nie ma za dużo miejsca na tworzenie rodziny- przypomniałam, zagłębiając się w katalog strojów formalnych Purrekos.
- Moja pensja jest wystarczająca, żeby utrzymać nas oboje, więc nie musiałabyś już pracować w Straży.
 Podniosłam oczy znad pięknej sukni w kolorze jasnego winogrona, które doskonale wyglądałaby na Twyldzie, żeby zgromić mojego narzeczonego wzrokiem. Powoli odłożył kielich, który miał przy ustach, nachylił się do mnie i spojrzał głęboko w oczy.
- Kochanie...- zaczął.
- Chyba powinieneś się skonsultować z Ewelein, jeżeli uważasz, że zostawię moją klasę- stwierdziłam stanowczo.
- Rozumiem, opcja kury domowej nie wchodzi w grę.
- Chyba jak sam nią sobie zostaniesz!
- Nie mogę się doczekać tego ślubu!- rozmarzyła się Twylda i przewróciła stronę książki kucharskiej. Moja przyszła szwagierka mruknęła tylko coś do swojego kubka.


Komentarze

Popularne posty